Życie codzienne

 Świadectwa z życia codziennego

Świadectwo Dominika z dnia 12 września 2016 roku

Bóg Jest Miłością – słowa te są pierwszą myślą, która rozbrzmiewa w mojej duszy.

Nazywam się Dominik jestem skazany za różnego rodzaju oszustwa, groźby, zniszczenie mienia na 6 lat i 8 miesięcy, niedawno doszedł mi kolejny wyrok 8 miesięcy w sumie uzbierałem 15 wyroków. Ale nie jest to absolutnie powód do dumy, bo skrzywdziłem wielu ludzi również mi najbliższych. Pod niejedną osobą ugięły by się nogi gdyby usłyszeli, że pójdą do więzienia na 10 – 15 lat.

Pragnę aby każdy kto czyta te słowa dowiedział się, że Bóg Ojciec zawsze i w każdej chwili czeka na to, żeby do Niego wrócić, że Jest Miłością i wybacza każdemu człowiekowi, który tego pragnie.

Wychowałem się w zamożnej, dość religijnej rodzinie. Moi rodzice się rozwiedli jak miałem kilka lat i zamieszkałem razem z dziadkami.

Do kościoła chodziłem raczej z powodu presji niż z powodu potrzeby serca, czasem przyjmowałem sakramenty, nawet się spowiadałem, nie zawsze, bo tylko częściowo czułem, że źle robię ale nie przejmowałem się tym zbytnio. Coraz bardziej oddalałem się od Boga i od Kościoła. Już w szkole średniej zacząłem palić papierosy i pić alkohol a także słuchać ostrej muzyki rockowej i metalowej w tym Marylina Mansona, który jest zadeklarowanym satanistą. Na studiach zatracałem się w tym co cielesne, liczyło się to co miałem lub mogłem mieć tj. ubrania, perfumy, sprzęt. A także kobiety, uzależniłem się od seksu i od pornografii. Z czasem zacząłem zmieniać coraz częściej partnerki i w tej beznadziejności szukałem szczęścia, ale nic nie dawało mi spokoju, w środku czułem się nieszczęśliwy, coraz więcej imprezowałem. W końcu zaplanowałem ślub cywilny bo myślałem, że może to sprawi, że poczuję prawdziwe szczęście. Boga już w ogóle przestałem szukać. Pomysł ze ślubem rozpadł się wraz ze związkiem jak domek z kart. Poczułem się zagubiony……. Zaczęły targać mną strach, złość, pomieszane z żalem, obwiniałem wszystkich i wszystko po za sobą oczywiście, już przedtem zacząłem brać z początku „imprezowo” i „weekendowo”, brałem kokainę, amfetaminę, mefedron. Po rozstaniu się z narzeczoną całkiem zatraciłem się w nowym nałogu, ćpałem, piłem i ukrywałem to przed wszystkimi – było coraz trudniej bo nałóg kosztował dużo, w pracy zacząłem mieć problemy, brałem zaliczki w końcu wplątałem się w romans z jedną z pracownic-mężatką. Za namową szefów, którzy szukali na nią haka pomogłem im ją zaszantażować za pieniądze, zatracałem się całkowicie w grzechu, czułem, ż spadam w otchłań, było mi wszystko jedno co się ze mną stanie.

Przed rodziną nadal grałem, że wszystko jest dobrze. W końcu kiedy straciłem pracę, zadłużyłem się, zacząłem spać w hotelach i uciekać z nich aby uniknąć odpowiedzialności. Trwało to około 8 miesięcy w końcu trafiłem do ośrodka dla bezdomnych, gdzie dobrzy ludzie pomogli mi się pozbierać i przerwać ten krąg przestępstw.

Poznałem tam pewną kobietę z którą na nowo chciałem budować coś trwałego. Jednak moja przeszłość szybko się o mnie upomniała, ukazał się list gończy w Internecie i telewizji. Po bardzo trudnej decyzji zdecydowałem się sam zgłosić na policję, szybko trafiłem do aresztu w Warszawie Służewcu, tam bardzo szybko dowiedziałem się jaka skala przestępstw i wyroków mi groziła. Sądy odwiesiły mi wszystkie wyroki i usłyszałem, że mam w sumie 14 lat pozbawienia wolności, nie załamałem się, czułem, że jestem winny i, że słusznie mnie to spotka….. Coś jednak się zmieniło dokładnie nie pamiętam tego momentu, czułem, że odseparowany od świata zewnętrznego od rodziny, nie jestem sam, czułem, że jest ze mną Bóg jest ze mną Jezus, do którego zacząłem się modlić, prosić aby mi przebaczył, moje złe życie, złe postępowanie. Zacząłem czytać Pismo Święte, chodzić do księdza kapelana a z czasem też na katechezę, pojawiła się iskierka nadziei w moim sercu, poczułem, że moje życie ma sens. Wyspowiadałem się z całego życia, zacząłem przyjmować komunię i wtedy się zaczęło….. . Bóg wyraźnie ma plan na moje życie. Prosiłem Go w modlitwie o to by przejął nad moim życiem kontrolę i zaczęły się dziać w moim życiu cuda.

Rodzina mi wybaczyła, przeprosiłem ich za wszystko. Rozstałem się z nałogiem papierosowym, odbyłem w więzieniu terapię narkotykową, w końcu napisałem do Sądu o wyrok łączny i tu zdarzył się kolejny cud, z 14 lat odjęto mi 7 lat i 2 miesiące a więc wyrok spadł mi o połowę.

Trudno mi opisać to szczęście jednak to nie był koniec, bardzo szybko z więzienia zamkniętego trafiłem do więzienia pół-otwartego o mniejszym rygorze a także dostałem pracę w warunkach wolnościowych tj. codziennie wychodzę rano do pracy na wolności a wracam o 15.00.

     Wiem, że jestem skazany ale nie jestem potępiony, jak powiedział św. Jan Paweł II.

Mam 34 lata moje życie całkiem się zmieniło, uczęszczam na spotkania Bractwa Więziennego, które to na mnie zrobiło ogromne wrażenie, wspólnie się modlimy, rozmawiamy o Bogu. Może to być dość szokujące, ale w chwili obecnej jestem naprawdę szczęśliwy, bo odnalazłem swoją drogę do Boga, zaufałem Mu i chociaż nadal ciągle upadam to On Pomaga mi się podnieść i wiem, że MA dla mnie Swój plan na moje życie za co dziękuję Mu z całego serca.

Chwała Panu.                                                                                             Dominik


Świadectwo Magdy z dnia 31 maja 2016 roku

Mam na imię Magda i od bardzo długiego czasu pragnę podzielić się z Wami swoim przeżyciem dość odległym, bo ze stycznia br.  Pragnę to zrobić, wiec może teraz mi się uda. Otóż w styczniu zdawałam po raz kolejny egzamin z prawa jazdy. Za każdym razem mówiłam do męża –  teraz to już idę na pewno ostatni raz, mam tego dosyć i na pewno nie zdam. Brałam nawet jakieś proszki ziołowe na wyciszenie i uspokojenie, które oczywiście nic nie pomagały. Przyszedł po raz kolejny dzień egzaminu – wstałam rano i ku mojemu zdziwieniu nie byłam zdenerwowana. Jak zawsze, pijąc kawę przy stole, przygotowałam sobie proszki ziołowe. Pomyślałam, że może pomogą tym razem. Parę dni wcześniej dostałam SMS-a od Ani ze słowem: I ukazał mu się Anioł Pana. „Pan jest z Tobą, dzielny wojowniku” nie poddam się trudnościom i zwątpieniu, lecz zawołam „JEZU UFAM TOBIE!”.  Wtedy pomyślałam sobie – o co chodzi? Niechcący skasowałam tą wiadomość, ale właśnie pijąc kawę w dniu egzaminu przypomniałam sobie o tym SMS-ie. Jejku, tam było coś ważnego, wiec szybko napisałam do Ani z zapytaniem, czy ma jeszcze tego SMS-a. Dostałam szybką odpowiedź z tym słowem. Niewiele myśląc, sięgnęłam po Pismo Święte, otworzyłam Je i zaczęłam czytać (popijając kawę, spoglądając na leżące obok proszki). Czytając to słowo, bardzo utkwiło mi zdanie: Pan jest z tobą dzielny wojowniku. Uśmiechnęłam się i pierwsza myśl jaka do mnie przyszła to: TAK, ja  dzisiaj zdam. Nawet powiedziałam sobie pod nosem o nie nie nie proszeczki, za was dziś dziękuje. W cichości serca pomodliłam się, no  i w drogę – na egzamin! Dojechałam i trochę się denerwowałam, ale czułam w sercu pokój. Egzamin miałam wyznaczony na 14:30. O 14:30 cisza, nie wołają. Dalej czas leci –  nie wołają. Wybiła godzina 14.55 – pomyślałam sobie – jak wy mnie nie chcecie to nie, teraz wy poczekacie. Wyjęłam różaniec i zaczęłam odmawiać koronkę, bo właśnie wybiła 15:00. Modliłam się i nie przejmowałam się ludźmi, którzy oczekiwali na egzamin. Mniej więcej o 15:15 słyszę, że mnie wywołują: Magdalena (…)! Pomyślałam sobie – teraz mogę iść. Przywitałam się z egzaminatorem, wsiadłam i zaczęłam podnosić sobie siedzenie. Po chwili słyszę pytanie: pani Magdaleno, co tak wysoko?  Odpowiedziałam: bo tak lubię.  A czy zna pani Pismo Święte? W tym momencie zbaraniałam, jednak ze spokojem odpowiedziałam: no nie całe, ale staram się Je poznawać. Zastanawiałam się, o co gościowi chodzi? Czy to egzamin umiejętności prowadzenia samochodu czy z religii. Po chwili usłyszałam kolejne pytanie: czy zna pani ten tekst „pierwsi będą ostatnimi a ostatni pierwszymi”? Obniżamy ten fotel pani Magdo. Pomyślałam, że świetnie rozpoczęłam ten egzamin. Mimo wszystko przygotowałam się do jazdy i ruszyliśmy. Po prawie godzinie wróciliśmy na plac manewrowy a ja rozpaczliwie  zapytałam: niech pan mi już powie czy zdałam czy nie? On odpowiedział: pani Magdo, ja tyle czasu z panią jeździłem po mieście – jakby pani miała nie zdać… (w tym momencie zrobiłam duże oczy i uśmiech w płaczu). Tak egzamin zakończony pozytywnie. Zaczęłam cieszyć się. Z emocji pogłaskałam pana po ręce i zwróciłam się do niego  per „Ty” – choć pana nie znałam:  niech Ci Pan błogosławi! On uśmiechnął się i powiedział dziękuję, życząc szerokiej drogi. Jeszcze raz powtórzył: proszę pamiętać – pierwsi ostatnimi a ostatni pierwszymi. Tym sposobem, zawierzając cały dzień, ten egzamin – zdałam i szczęśliwa wróciłam do domu.


Świadectwo Kamila z dnia 6 lutego 2016 roku

 Pierwszy tydzień lutego br. spędziłem w Rzymie. Muszę powiedzieć, że Pan Bóg bardzo mnie dotknął w tym mieście… mieście męczenników, świętych, których wiara stała się jednym z fundamentów Kościoła. Pojechałem tam po to, aby uciec od pracy, problemów, zmęczenia. Nie spodziewałem się, że Tata zaplanował to jak zwykle – po swojemu. Codzienna msza, niemalże dziewięć godzin zwiedzania na dobę. Setki obrazów, kolorów, figur – ogrom historii, która zdawała się dziać na nowo, jeśli ktoś dobrze patrzył, czuł i słuchał. Podczas zwiedzania szczególny ślad w mojej duszy pozostawiły malowidła przedstawiające techniki torturowania pierwszych Chrześcijan: podtapianie, przypalanie, rozdzieranie ciała, rzucanie na pożarcie lwom, kamienowanie, krzyżowanie i inne. Każdy z nich mógł ocalić swoje życie, wyznając wiarę w boga pogańskiego. Myślę, że w takich skrajnych sytuacjach sama psychika nakazuje ratowanie własnego życia i ciężko jest zachować wolną wolę. Jednak ani apostołowie ani inni pierwsi Chrześcijanie nie zrezygnowali z Jezusa, którego znali osobiście bądź z bliskich, ustnych przekazów. To doświadczenie było dla mnie cenne, bo rozumowo żaden normalny człowiek nie pozwala się zabić za coś, co nie jest prawdą. Ogarnęło mnie poczucie ulgi, że Jezus naprawdę był, jest i będzie, że to namacalna prawda a nie rzewna historia sprzedawana od setek lat. Chciałbym się z Wami podzielić również ciekawym doświadczeniem związanym z obchodzonym rokiem miłosierdzia.

Podczas modlitwy 6 lutego br. dziękowałem Bogu za wyjazd do Rzymu i za zakon Pasjonistów. Wszystko to za sprawą przykrego wydarzenia, które nas spotkało – a mianowicie nie zdążyliśmy na samolot do domu. Rozmyślałem, dlaczego spóźniliśmy się na piątkowy lot do Polski. Zawsze uważałem, że to dzieje się tylko na filmach. Było to dla mnie dziwne, jak mogliśmy nie zdążyć – ani komunikacją miejską ani taksówką, w której prawie eksplodowałem ze złości. Wszyscy powtarzali jak mantrę – ojciec Pio nas zatrzymał… Jak Święty może utrudniać nam życie? W pierwszej kolejności (tradycyjnie) uznałem, że jest to kara zesłana na nas przez Boga. Złe rzeczy dzieją się złym ludziom. Po dłuższej chwili odrzuciłem tą myśl – jaka kara, za co? Bóg jest Miłością. Widziałem jakie zakłopotanie u organizatora wywołała ta sytuacja. Czworo młodych, niepełnoletnich ludzi, którym trzeba załatwić nocleg i powrót do domu (niektórym w ekspresowym, sobotnim terminie). Co powiedzą rodzice – czy stracą zaufanie? Pierwszy pomysł to przełożenie lotu na niedzielę dla czterech osób, pozostali musieliby polecieć w poniedziałek, a co za tym idzie perspektywa dwóch noclegów nie wiadomo gdzie. Stwierdziłem, że mogę spać na lotnisku, kompletnie mi to nie przeszkadzało. Gdy usłyszałem o zamiarze poproszenia o pomoc generała zakonu Pasjonistów, coś we mnie zadrżało. Dlaczego mamy kolejny raz komuś wchodzić z butami w życie, obarczać swoimi kłopotami, nieprzewidzianymi sytuacjami. Jesteśmy dorośli, wyciągnijmy oszczędności z kont i troszczmy się o siebie sami. Moje myślenie zaczęło ulegać zmianie, kiedy zobaczyłem, że Internet nie działa tak dobrze, jak się spodziewałem, karta bankowa organizatora podróży jest odrzucana przy płatności, a strona z moim kontem bankowym po sześciokrotnym logowaniu na różnych urządzeniach nadal „nie istnieje” (dopiero kiedy organizator dokonał wstępnych uzgodnień co do noclegu u Pasjonistów… konto bankowe ruszyło, oczywiście bez możliwości skorzystania z oszczędności). Nie miałem wątpliwości, że wszystko dobrze się skończy – prędzej czy później wrócilibyśmy do Polski. Towarzyszył mi jednak zapach porażki… nie przewidzieliśmy, że miasto Rzym zostanie sparaliżowane przeniesieniem relikwii Ojca Pio i naraziliśmy młodzież na niedogodności.

Do Pasjonistów (w osiem osób) przybyliśmy około 22:30, furtian dał nam klucze do pokoi. Byłem zażenowany tą sytuacją, bo jako dorośli, samodzielni ludzie musieliśmy korzystać z czyjejś pomocy, wkroczyć i zakłócać porządek – tak właściwie bez zapowiedzi. Po chwili wyszedł do nas gospodarz domu, wyglądał jakby przygotowywał się do snu. Bez zbędnego gadania (i tak nie rozumieliśmy po włosku) chwycił bagaż jedynej kobiety podróżującej z nami (Angeliki) i zaniósł go do pokoju. Czułem, jak w mojej duszy kończy się skala dobra, jakie właśnie otrzymujemy. To wynika z panujących u nas obyczajów, że faceci pomagają kobietom – w Polsce to naturalne. Z obiegowych opinii wiedziałem jednak, że w zakonach czy seminariach nie zawsze z szacunkiem mówi się o kobietach, traktując je często jako zagrożenie dla wzrostu duchowego kapłana. Dla mnie to nie była zwykła pomoc. Ja widziałem, jak gospodarz domu staje się sługą; widziałem, z jaką troską słucha łamiącego się trochę głosu organizatora i pomaga rozlokować przybyszów po pokojach – porozumiewając się z nimi językiem miłości (życząc spokojnej nocy). Widziałem, jak przejmuje inicjatywę w zaradzeniu naszym problemom i podejmuje się odwiezienia jednego z naszych chłopaków w sobotę po 15:00 na stację kolejową, tak aby na pewno dotarł do rodziców, którzy odbiorą go w północnych Włoszech (chłopak nigdy nie jechał pociągiem i bardzo się bał). To wszystko działo się tak szybko, że nie potrafiłem nadać temu właściwego znaczenia.

Również w środę poprzedzającą piątkowe wydarzenia, kiedy przybyliśmy do tego zakonu po raz pierwszy, aby obejrzeć kościół i klasztor – zależało nam, aby nie zwracać na siebie uwagi, nie robić zbędnej sensacji i nie zakłócać życia zakonnego. Zaproszenie na obiad było czymś zawstydzającym moją samodzielność – tak przynajmniej czułem. Wszyscy nie spodziewaliśmy się takiego dobra, takiego przyjęcia, przywitania, zagadywania. W refektarzu zakonnym, zwykłej jadalni czułem się dziwnie, tak jakbym wszedł w brudnym płaszczu do renomowanej, drogiej restauracji. Nie zapomnę, kiedy jeden z braci usilnie tłumaczył do czego służy talerz pod spodem (pomimo, że każdy to wiedział), gdzie stoją jakie potrawy. Co chwila kolejny z nich zachęcał do jedzenia i picia wina. Miałem wrażenie, że wokół nas krąży ciągle kilku zawodowych kelnerów różnego pochodzenia, mówiących w różnych językach. Inni jeszcze próbowali nas zatrzymać, namawiając usilnie na kawę po obiedzie. Paradoksalnie my sami nie zatroszczylibyśmy się o siebie z taką miłością. Już wtedy zastanawiałem się o co tu chodzi. Nie potrafiłem wyrazić wdzięczności za to wszystko, co otrzymałem, chociaż tak bardzo chciałem to zrobić. Serce we mnie pałało, kiedy to się działo.

Oczywiście rozumowo potrafiłem sobie to wszystko wytłumaczyć – głodnych nakarmić, spragnionych napoić, podróżnych w dom przyjąć (z dwojga złego dobrze, że nie więźniów pocieszać). W roku miłosierdzia było to dla mnie piękne doświadczenie. Traktowałem je jak rutynową procedurę, która automatycznie została wdrożona po naszym przybyciu. Po ludzku tak należało zrobić i już. Nie ma potrzeby szukania drugiego dna. Sam bym tak zrobił. Może było łatwiej o taki gest, bo nie byliśmy dla siebie tak zupełnie obcymi ludźmi (przecież organizator jest Pasjonistą), ale z drugiej strony jednak obcymi, z innej prowincji – obdarzonymi z góry ogromnym zaufaniem. Dopiero na spokojnie w domu namacalnie dotarło do mnie, że ludzie, którzy współpracują z Bogiem upodabniają się w miłości do Niego, do tego stopnia, że my jak uczniowie idący do Emaus, nie potrafimy Go w nich rozpoznać – widzimy tylko ich ludzką naturę. Kombinując na własne sposoby nie korzystamy z najprostszych, Bożych rozwiązań. Przecież sam Jezus w swojej mowie pożegnalnej do uczniów z Ewangelii Św. Jana (J 13,34-35) wyraźnie podkreśla: Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali. Znam te słowa, natomiast były one kluczem do zrozumienia tej całej sytuacji, pseudo-porażki, brakującym elementem układanki. Teraz wiem, dlaczego czułem się dziwnie w tym zakonie, bo to sam Jezus usługiwał nam przy stole, sprzątał naczynia, nosił bagaże i żegnał nas przed snem – Bóg, który mieszka w każdym człowieku. Codziennie modlę się o to, abym czuł Bożą obecność w swoim życiu. Paradoksalnie, kiedy Bóg zbliża się do mnie, ja chcę zapaść się pod ziemię, powtarzam za świętym Piotrem – Panie, Ty będziesz mnie karmił? Ty będziesz sprzątał po mnie naczynia? Ty będziesz mi walizkę nosił? Ty przygarniesz mnie pod swój dach?

Widzę, że dużo pracy jeszcze przede mną. Choć jestem dzieckiem Boga, jeszcze nie do końca wierzę w Jego bezinteresowną miłość, zachowując się śmiesznie, próbując za nią płacić tym, co i tak dawno należy do Pana.

Kamil.


Świadectwo Kamila z dnia 14 sierpnia 2015 roku

14 sierpnia zeszłego roku (wigilia święta Wniebowzięcia NMP) wróciłem samochodem z pracy, tak jak robię to zazwyczaj. W domu okazało się, że o godzinie 21:00 będę musiał odebrać ze stacji w Pruszkowie moją siostrę (spodziewającą się dziecka). Nie chcieliśmy, aby w stanie błogosławionym czekała na pociąg, który w naszych realiach może nie przyjechać. Wyruszyłem, nie wiedzieć czemu wyraźnie straciłem pewność za kierownicą. Mam prawo jazdy prawie osiem lat, jeżdżę codziennie, natomiast wtedy zacząłem się wręcz bać we własnym samochodzie. Za Brwinowem jest taka świetna prosta, na której aż chce się przycisnąć (pomimo, że jest to teren zabudowany 50 km/h). Tego dnia – na tym właśnie odcinku, wyjątkowo zdjąłem nogę z gazu. Czułem się źle w samochodzie. Zamiast 50 km/h jechałem nieco ponad 40. Gdy wjechałem do Otrębus zauważyłem, że samochód jadący z naprzeciwka zjeżdża na mój pas. Widziałem jak odpada jego przedni zderzak. Nie wiedziałem dlaczego, bo w moim samochodzie grała muzyka i sam do końca nie wierzyłem w to, co widzę. Samochód zdawał się jechać prosto na mnie. Pięćdziesiąt metrów przed moim zderzakiem auto odbiło w boczną drogę a ja zdążyłem zahamować.

Wracając z Pruszkowa dowiedziałem się, że sprawcą zdarzenia był taksówkarz, który potrącił motorowerzystę – włączając się nieprawidłowo do ruchu. Najprawdopodobniej był to nieudany manewr zawracania.

A gdybym jechał szybciej…

Kamil.


Jedna myśl nt. „Życie codzienne

  1. Jola

    „Pan jest z Tobą, dzielny wojowniku” nie poddam się trudnościom i zwątpieniu, lecz zawołam „JEZU UFAM TOBIE!” . Jakże piękne słowa, muszę je zakodować i pamiętać każdego dnia. Magdo dziękuję Ci za to świadectwo i za te słowa. Już na początku jak je czytałam ogromnie się wzruszyłam – były łzy, ale ponoć one właśnie pochodzą od Ducha Świętego. Jak czytałam Twoje świadectwo to jeszcze mocniej Pan zapukał w moje serce i po raz kolejny zapewnił mnie, że bardzo mnie kocha i cudownie działa tylko trzeba zaprosić go do naszego życia. Magdo potwierdziłaś tylko fakt, że warto zaufać Panu, On nigdy nie zostawi nas samych, z Nim nigdy nie jesteśmy sami . Jak cudownie być blisko Boga! Twoje świadectwo to dla mnie głęboka wiara i potwierdzenie, że Bóg jest w Twoim życiu Kimś bardzo ważnym i potrafisz o Nim świadczyć na co dzień. Mało tego jeszcze inni czerpią z tego siłę i umocnienie w wierze tak jak to się stało w moim przypadku. Magdo Dziękuję Ci za to Świadectwo i życzę Tobie i sobie oby Pan zawsze był z nami, obok nas i przy nas. Chwała Panu .

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *